Styczeń 2015 archive

Sally Hansen Miracle Gel- recenzja

Od kilku tygodni na moich paznokciach nieustannie goszczą lakiery Sally Hansen Miracle Gel. Ta nowość kilka miesięcy pojawiła się w USA a do Polski trafi już w lutym

sallyhansen2

Sally Hansen Miracle Gel

Producent zapewnia, że te lakiery umożliwiają uzyskanie efektu paznokci żelowych w domowych warunkach, BEZ LAMPY UV:) Efektem trwałych i lśniących paznokci mamy cieszyć się do 14 dni a zmywanie nie różni sie niczym od zmywania zwyczajnego lakieru- wacik, zmywacz i po sprawie. W USA dostępne jest 47 kolorów a wśród nich sporo matowych pasteli które w tym roku powracają na wiosnę i lato. W Polsce podobno ma na początek pojawić się 12 kolorów, ale to tylko ploteczki więc informację zweryfikuję w lutym:)

Lakiery testowałam nieustannie od kilku tygodni zmieniając jedynie kolory więc przyszedł czas by podzielić się moją opinią:)

Dwa kroki do żelowego manicuru bez lampy UV składają się z dwóch produktów. Krok pierwszy-dwie warstwy kolorowego lakieru. Krok drugi- warstwa bezbarwnego lakieru dającego mega połysk i utrwalenie. Czyli procedura nakładania podobna jest do malowania normalnym lakierem z zastosowaniem finalnej warstwy Top Coat.

Po pierwsze, Miracle Gel zaskoczył mnie trwałością. Na moich paznokciach normalne lakiery po prostu się nie trzymają- dwa dni to już maks po którym muszę zmywać odpryski i to nie ma większego znaczenia czy użyję bazy i utrwalacza czy nie, po prostu nic nie chce się przykleić do moich paznokci na kilka dni:) Nawet paznokcie hybrydowe zamiast 2 tygodni trzymały mi się niecałe 5 dni więc już powoli przywykłam do codziennego malowania. NIe wspominając już tego jak zniszczone i cienkie jak papirus były moje paznokcie po przygodzie z hybrydami:) W przpadku Miracle Gel nienaruszony lakier utrzymywał się 4-5 dni. Czyli, Panie i Panowie, czapki z głów:) Oczywiście na lewej ręce wytrzymałby pewnie jeszcze jakies dodatkowe 2 dni ale kciuk i wskazujący w prawej ręce wymagały już liftingu. Za trwałość daje 5 bo nawet nie łudziłam się że wytrzyma u mnie 14 dni:) moze jakbym nie zmywała, nie sprzątała, nie gotowała i tylko leżała i pachniała to byłoby to prawdopodobne:) Póki co jeszcze nie dorobiłam się gosposi więc potrzebuję pancernych lakierów do paznokci.

Po drugie lakiery mają intensywne kolory więc dwie warstwy spokojnie wystarczają by uzyskać idealne krycie. Top Coat- czyli bezbarwny lakier w czarnej buteleczce dodaje bardzo ładny blask. Całość krycia i błysku przypomina mi efekt hybryd. Niestety z czasem mam wrażenie że błysk nieznacznie się ściera i paznokcie stają się bardziej matowe. Początkowy efekt wydaje się jednak bardziej porządny i gruby niż przy innych lakierach np. przy lakierach Inglota.

 

.Sallyhansen3

Po trzecie lakiery są bardzo wydajne bo w buteleczce znajduje się aż 14 ml produktu a produkt jest dość gęsty. Do dyspozycji mamy dość szeroki i sztywny aplikator który przy moich (uwaga ironia) „gigantycznych”  płytkach paznokciowych za jednym pociągnięciem pokrywał cały paznokieć. Pędzelek dla mnie wydaje się całkiem wygodny, podobny do aplikatora z lakierów Sephory. Jedynie w cielistym kolorze nr 120 trzeba wysilić się by uzyskać idealne krycie  (wspomnę tylko że kolor jest cudowny i choć na codzień omijam takie kolory szerokim łukiem to tutaj jestem nim zachwycona i na pewno będę go ze sobą zabierała na sesje beauty gdzie modelki muszą mieć neautralne lśniące paznokcie).

 

Sally Hansen4

Po czwarte zmywanie jest bezproblemowe jak przy najzwyczajniejszym lakierze. Zasychanie również w normie czyli do idealnego zaschnięcie potrzeba kilku minut.

Czy znajduję jakieś wady? Myślę, że wadą produktu jest przyrównanie go przez producenta do paznokci żelowych i obiecanie długowieczności. Jeśli ktoś nastawia się na efekt „grubych” paznokci z idealnym kolorem i błyskiem przez 14 dni to może być rozczarowany. Jeśli jednak potraktujemy te produkty jak tradycyjne kolorowe lakiery z utrwalaczem w komplecie które utrzymają się do tygodnia to myślę, że będziemy zadowoleni. Do tego cena ok 34 zł za dwie buteleczni- Base color i Top Coat wydaje się całkiem rozsądna.

 

 

Sallyhansen5

Ja na pewno z nimi zostanę i jak tylko wejdą do Polski zakupię jeszcze  kilka kolorów Malibu Peach wydaje się cudowny a biały Creme de la Creme przyda się na nadchodzący sezon bo białe paznokcie znów powracają:)

Wybaczcie, że wszystkie moje kolory zaprezentowałam Wam na jednej ręce ale wrodzone lenistwo nie pozwalało mi postąpić inaczej:)

 

Moja przygoda z metodą Lancera- Skóra pełna blasku

Jakiś czas temu wywiązała się między mną a moją znajomą rozmowa na temat operacji plastycznych. Przyznaję, że jeszcze kilka lat temu w mgnieniu oka powiedziałabym, że to kompletna głupota i trzeba zestarzeć się z godnością….ale od kiedy w okolicy moich oczu pojawiło się kilka niechcianych koleżanek-zmarszczek w mojej głowie raz za czas pojawiają się kudłate myśli o jakimś delikatnym nastrzykiwaniu się kwasem hialuronowym albo czymś w tym rodzaju:) Oczywiście wolałabym uniknąć tego typu rozwiązań choćby dlatego, że mój próg odporności na ból jest równy „0” więc może istnieje jakiś sposób, żeby bez bólu utrzymać w miarę młody wygląd skóry???

Na to pytanie ostatnimi czasy poszukiwałąm odpowiedzi w książce „Skóra pełna blasku” o przełomowej metodzie anti-aging Harolda Lancera.

lancer źródło:http://www.dailymail.co.uk/caption

 

Kilka słów o autorze. Harold Lancer to tzw. Doctor Hollywood. Okrzyknięto go ulubieńcem gwiazd filmowych bo to własnie do jego kliniki zgłaszają się znane aktorki i aktorzy (w tym Kim Kardashian i Victoria Beckham). Co ciekawe, pan Harold uważa inwazyjne zabiegi dermatologii za ostateczność  w zamian oferując „3-stopniowy domowy program pielęgnacyjny”. Chwileczkę, właściciel kliniki dermatologicznej zarabiający na laserach, liftingach i botoksie poleca domowe rozwiązania??? Dziwne ale prawdziwe:) W swojej książce opisuje przypadki, w których po kilku miesiącach domowej pielęgnacji według jego metody gwiazdy rezygnowały z planowanych zabiegów. O tej właśnie metodzie napisał książkę, o której po krótce Wam opowiem bo mnie samej cały ten program wygląda na bardzo sensowny. Na szczęście nie jest wymagane by w trakcie stosowania tej metody opierać się na produktach sygnowanych nawiskiem Lancera. Co więcej w książce znajduje się spis polskich kosmetyków odpowiedających standardom tej metody a wśród nich mój ulubiony peeling z mikrogranulkami Ziaji. Już lubię tego Pana:)

Filozofię Lancera odnośnie pielęgnacji możnaby streścić tak: skóra ma niezwykłe możliwości odnowy i regenaracji ale to nie dzieje się za pomocą jednego cudownego kremu a już na pewno nie pod wpływem laseru i igły. Droga do pięknej skóry to tryb życia a także codzienna pielęgnacja z zastosowaniem czynności i  składników, które mają za zadanie pobudzić jej własne mechanizmy odnowy. Inwazyjne zabiegi powinny stanowić ostateczność a nie początek w temacie pięknej skóry. Oto i teoria a przejdźmy do praktyki.

Najprościej mówiąc  podstawowa metoda Lancera opiera się na 3 rzeczach:

1. Złuszczaniu

2. Oczyszczaniu

3. Odżywianiu

Brzmi znajomo prawda? Właściwie zawsze gdy mówimy o pielęgnacji skóry pojawiają się te trzy elementy. Różnica w tym przypadku polega na częstotliwości wykonywania tych czynności i składników używanych do „karmienia skóry”.

Według Lancera złuszczanie powinno odbywać się 2 razy dziennie. Nie, nie 2 razy w tygodniu ale dwa razy dziennie:) W regularnym ale delikatnym złuszczaniu tkwi sekret uaktywnienia mechanizmów odnowy komórkowej dlatego delikatny peeling stał się stałym elementem mojej pielęgnacyjne rutyny. W tym przypadku ważne jest także bezwzględne włączenie do powierzchni peelingowanej skóry szyji i dekoltu by odnowa komórkowa przebiegała równomiernie.

Oczyszczanie według doktora z Hollywood to również niezwykle ważny temat. Naszym celem jest dokładne ale delikatne oczyszcanie. NIe chcemy podrażniać ani wysuszać skóry dlatego w tym przypadku ważny jest wybór idealnych składników oczyszcających. I tu nie chodzi jedynie o demakijaż ale o przygotowanie skóry do przyjęcia aktywnych składników odżywczych które nadchodzą w kroku trzecim.

Na temat odżywiania pan Lancer nieźle się rozpisał w swojej książce i zwraca uwagę nie tylko na dobór aktywnych składników adżywczych a także na technikę nakładania (masażu). Tutaj okazało się, że moje odkrycia składników atni-aging (którymi dzieliła się w poście o eliksirze młodości) są bardzo trafne więc ten etap mojej codzienej pielęgnacji pozostał bez zmian ale z większym naciskiem na masaż. Całość złuszczonej, oczyszczonej i odżywionej skóry według Lancera należy absolutnie zabezpieczyć kremem z filtrami UV, co bardzo mi się podoba bo jak pewnie wiecie jestem maniaczką wysokiej ochrony przeciwsłonecznej.

W książce poświęcono także sporo miejsca na pielęgancję skóry wrażliwej i z trądzikiem oraz na ogólne wytłumaczenie budowy i mechanizmów działających w skórze tak by dokłądnie zrozumieć taktykę wroga- czyli upływającego czasu:) Rozdziały o diecie i aktywności fizycznej dobrze dopełniają całą filozofię „młodości” a mnie podoba się podejście holistyczne czyli wygląd naszej skóry jest wypadkową naszej pielęgnacji, trybu życia, genów i odżywiania. Nie ma cudonego smarowidła, które spowolni procesy starzenia się ale jest rozwiązanie systemowe które wspomaga naturalne procesy odnowy. Jak dobrze, że regularnym ale niewielkim wysiłkiem czasowym i finansowym można uzyskać efekty które zadowalają nawet gwiazdy Hollywood:)

 

skora

Moje efekty? Od kiedy rozpoczęłam stosowanie się do tej 3-stopniowej metody w pielęgnacji twarzy i ciała (metoda Lancera w identyczny sposób można odnieść do pielęgnacji skóry całego ciała) moja skóra jest widocznie gładsza i ma bardziej wyrównany koloryt. Juz nie borykam się z przesyszeniem twarzy i suchymi skórkani na płatkach nosa. Do tego widzę poprawę w walce z wągrami i rozszerzonymi porami. Na pełne efekty pewnie będzie trzeba poczekać ale już po tych 3 miesiącach widzę, że cały ten system dobrze wpisuje się potrzeby mojej skóry. Najbardziej rewolucyjne było dla mnie odkrycie mocy codziennych peelingów i choć na początku trochę bałam się że moja delikatna i sucha skóra zwariuje okazało się że nawet ona polubiła codzienne drapanie.

Mogłabym na ten temat jeszcze długo pisać bo trudno streścić książkę mająca 250 stron w krótkim poście ale nie o to tutaj chodzi. Wszystkich ciekawskich odsyłam do przeczytania „Skóry pełnej blasku” a mniej ciekawskich zapraszam do przetestowania codziennych peelingów, oczyszczania i masażu twarzy z użyciem skoncentrowanych preparatów. Dajcie znać jak wygląda Wasza codzienna pielęgnacja :)

 

Noworoczne postanowienia:)

- Jakie masz postanowienia na Nowy Rok?- zapytała mnie znajoma na tegorocznej imprezie sylwestrowej

– hmmm chyba takie sam jak co roku czyli więcej ćwiczyć, jeść mniej słodyczy, walczyć z lenistwem, wcześniej wstawać itd.- odpowiedziałam automatycznie po czym zdałam sobie sprawę z bezsensu mojej wypowiedzi. Jak to, takie same jak co roku? Przecież tamte rzeczy powinny już być odhaczone w 2014 roku! No właśnie….porozmawiajmy o noworocznych postanowieniach:)

tegoroku

Styczeń jest ciekawym miesiącem. Liczba osób na siłowni wzrasta dwukrotnie (tutaj warto zauważyć, że wielu nowicjuszy prezentuje się na siłowni w nowych, markowych ciuchach, których metka jak mniemam ma być dodatkową motywacją do ćwiczeń:)) Znam to z autopsji i doskonale rozumiem- jak się wyda 200 zł na dres to aż szkoda go nie ubrać:)

Na ulicy przybywa nowych pasjonatów joggingu, których poznaje się po idealnej stylizacji i przystawaniu co 200 metrów by strzelić kolejną fotkę na instagram. Znów moge się z tym utożsamić. A co! Niech widzą jak dzielnie walczę o piękniejsze ciało. Jak się dostanie 100 lajków to aż żal się przyznać, że to był jednorazowy wypad.

Na kursach językowych nowe grupy pękają w szwach. Kolejny rok rokiem hiszpańskiego…tzn. od trzech lat już jest rok hiszpańskiego ale ten będzie wreszcie na poważnie. Oj znam to, znam to. Już od wielu lat obiecuję sobie, że odkurzę mój niemiecki a niezmiennie w moim słowniku pozostaje jedno popisowe zdanie z liceum: „Ja, das ist eine wunderbar Zwiebel” (tłum. tak, to jest piękna cebula).

Przykłady możnaby mnożyć w nieskończoność ale nie o to tu chodzi bym pochwaliła się moimi wszystkimi postanowieniami noworocznymi z których nic nie wyszło. W tym poście chciałabym się skupić na tym jak zrobić by postanowienia noworoczne nie kończyły się zniechęceniem 13 stycznia. Opowiem Wam o moich sposobach:)

Nie wiem czy też tak macie ale ja w życiu kieruję się zasadą „wszystko albo nic”- w przypadku postanowień noworocznych to paskudna cecha bo narzucamy sobie 10 różnych rzeczy jednocześnie. Efekt jest taki, że kiedy jedna z nich nie wypali zaraz rezygnujemy z drugiej. Poczucie porażki mówi nam, że już lepiej się nawet nie wygłupiać z trzecim postanowieniam i że lepiej poczekać rok do nowej magicznej daty 1 stycznia. Albo przez cały rok będę żyła porządnie albo się nie liczy…..czyli następna szansa na piękny rok już za rok.

Tak wyglądały moje ostatnie lata po czym postanowiłam przechytrzyć samą siebie i opracowałam plan dla opornych- czyli dla takich leniwców jak ja:)

1. Nie zaczynaj od 1 stycznia:) Szczególnie jeśli chodzi o dietę. Po sylwestrze pewnie zostało Ci w szafce sporo ciasteczek i chipsów po imprezie więc lepiej od razu być ze sobą szczerym, że dopóki szafka nie będzie pusta z diety nici- pokusa jest zbyt duża. Dlatego ja zdrową dietę zaczynam kolo 5 stycznia :)

2. Na każdy miesiąc zaplanuj tylko jedno wyzwanie. Trudno nagle wprowadzić w życie 12 nowych nawyków. Siłownia, dieta, kurs językowy, przemeblowanie, gruntowne porzadki w szafie, wcześniej wstawać, mnie kway, więcej wody, porzadki w piwnicy, odwiedziny przyjaciólki z podstawówki…. po wpisaniu tych wszystkich postanowień w kalendarz czujemy się przygnieceni ogromem zajęć więc lepiej rozplanować to w czasie na cały rok. W lutym też można zacząć ćwiczyć, a porządki najlepiej zrobić dopiero  na wiosnę jak słońce doda nam trochę energii:)

3. Zapisuj swoje postanowienia. Jak coś już jest na papierze to już jest w połowie drogi do realizacji. Zanim coś zamieścisz na liście upewnij się, że chcesz to zrobić. Zapisz tylko ograniczoną listę rzeczy- 12 na rok czyli jedna na miesiąc to dla mnie osobiście maksymalna ilość:)

Resolutions-for-2015

4. Nagradzaj się:) Kiedyś wrzucałam do słoika 5 zł za każdy trening z chodakowską- po miesiącu kupiłam sobie niezły ciuch a braku piątaka w portfelu  kilka razy w tygodniu nie zauważyłam. Tego typu nagradzanie samej siebie na mnie działa więc polecam wszystkim dla których potrzebna jest dodatkowa, materialna motywacja.

5. Chwal się innym. Kiedy wszystkim przyjaciółkom rozpowiesz, że jesteś na diecie będzie Ci zwyczajnie głupio poprosić o kawałek ciacha z bitą śmietaną. Mnie akurat w wielu sprawach pilnuje mąż, którego proszę by przypominał mi o moich ambitnych planach za każdym razem kiedy wracam do starego, kanapowego trybu:)

To już chyba tyle ze złotych rad „cioci Agi”. życzę Wam powodzenia:) Dajcie znać jakie są wasze postanowienia noworoczne i jakie macie sposoby na sukces w tej dziedzinie:)