Sally Hansen Miracle Gel- recenzja

Od kilku tygodni na moich paznokciach nieustannie goszczą lakiery Sally Hansen Miracle Gel. Ta nowość kilka miesięcy pojawiła się w USA a do Polski trafi już w lutym

sallyhansen2

Sally Hansen Miracle Gel

Producent zapewnia, że te lakiery umożliwiają uzyskanie efektu paznokci żelowych w domowych warunkach, BEZ LAMPY UV:) Efektem trwałych i lśniących paznokci mamy cieszyć się do 14 dni a zmywanie nie różni sie niczym od zmywania zwyczajnego lakieru- wacik, zmywacz i po sprawie. W USA dostępne jest 47 kolorów a wśród nich sporo matowych pasteli które w tym roku powracają na wiosnę i lato. W Polsce podobno ma na początek pojawić się 12 kolorów, ale to tylko ploteczki więc informację zweryfikuję w lutym:)

Lakiery testowałam nieustannie od kilku tygodni zmieniając jedynie kolory więc przyszedł czas by podzielić się moją opinią:)

Dwa kroki do żelowego manicuru bez lampy UV składają się z dwóch produktów. Krok pierwszy-dwie warstwy kolorowego lakieru. Krok drugi- warstwa bezbarwnego lakieru dającego mega połysk i utrwalenie. Czyli procedura nakładania podobna jest do malowania normalnym lakierem z zastosowaniem finalnej warstwy Top Coat.

Po pierwsze, Miracle Gel zaskoczył mnie trwałością. Na moich paznokciach normalne lakiery po prostu się nie trzymają- dwa dni to już maks po którym muszę zmywać odpryski i to nie ma większego znaczenia czy użyję bazy i utrwalacza czy nie, po prostu nic nie chce się przykleić do moich paznokci na kilka dni:) Nawet paznokcie hybrydowe zamiast 2 tygodni trzymały mi się niecałe 5 dni więc już powoli przywykłam do codziennego malowania. NIe wspominając już tego jak zniszczone i cienkie jak papirus były moje paznokcie po przygodzie z hybrydami:) W przpadku Miracle Gel nienaruszony lakier utrzymywał się 4-5 dni. Czyli, Panie i Panowie, czapki z głów:) Oczywiście na lewej ręce wytrzymałby pewnie jeszcze jakies dodatkowe 2 dni ale kciuk i wskazujący w prawej ręce wymagały już liftingu. Za trwałość daje 5 bo nawet nie łudziłam się że wytrzyma u mnie 14 dni:) moze jakbym nie zmywała, nie sprzątała, nie gotowała i tylko leżała i pachniała to byłoby to prawdopodobne:) Póki co jeszcze nie dorobiłam się gosposi więc potrzebuję pancernych lakierów do paznokci.

Po drugie lakiery mają intensywne kolory więc dwie warstwy spokojnie wystarczają by uzyskać idealne krycie. Top Coat- czyli bezbarwny lakier w czarnej buteleczce dodaje bardzo ładny blask. Całość krycia i błysku przypomina mi efekt hybryd. Niestety z czasem mam wrażenie że błysk nieznacznie się ściera i paznokcie stają się bardziej matowe. Początkowy efekt wydaje się jednak bardziej porządny i gruby niż przy innych lakierach np. przy lakierach Inglota.

 

.Sallyhansen3

Po trzecie lakiery są bardzo wydajne bo w buteleczce znajduje się aż 14 ml produktu a produkt jest dość gęsty. Do dyspozycji mamy dość szeroki i sztywny aplikator który przy moich (uwaga ironia) „gigantycznych”  płytkach paznokciowych za jednym pociągnięciem pokrywał cały paznokieć. Pędzelek dla mnie wydaje się całkiem wygodny, podobny do aplikatora z lakierów Sephory. Jedynie w cielistym kolorze nr 120 trzeba wysilić się by uzyskać idealne krycie  (wspomnę tylko że kolor jest cudowny i choć na codzień omijam takie kolory szerokim łukiem to tutaj jestem nim zachwycona i na pewno będę go ze sobą zabierała na sesje beauty gdzie modelki muszą mieć neautralne lśniące paznokcie).

 

Sally Hansen4

Po czwarte zmywanie jest bezproblemowe jak przy najzwyczajniejszym lakierze. Zasychanie również w normie czyli do idealnego zaschnięcie potrzeba kilku minut.

Czy znajduję jakieś wady? Myślę, że wadą produktu jest przyrównanie go przez producenta do paznokci żelowych i obiecanie długowieczności. Jeśli ktoś nastawia się na efekt „grubych” paznokci z idealnym kolorem i błyskiem przez 14 dni to może być rozczarowany. Jeśli jednak potraktujemy te produkty jak tradycyjne kolorowe lakiery z utrwalaczem w komplecie które utrzymają się do tygodnia to myślę, że będziemy zadowoleni. Do tego cena ok 34 zł za dwie buteleczni- Base color i Top Coat wydaje się całkiem rozsądna.

 

 

Sallyhansen5

Ja na pewno z nimi zostanę i jak tylko wejdą do Polski zakupię jeszcze  kilka kolorów Malibu Peach wydaje się cudowny a biały Creme de la Creme przyda się na nadchodzący sezon bo białe paznokcie znów powracają:)

Wybaczcie, że wszystkie moje kolory zaprezentowałam Wam na jednej ręce ale wrodzone lenistwo nie pozwalało mi postąpić inaczej:)

 

Moja przygoda z metodą Lancera- Skóra pełna blasku

Jakiś czas temu wywiązała się między mną a moją znajomą rozmowa na temat operacji plastycznych. Przyznaję, że jeszcze kilka lat temu w mgnieniu oka powiedziałabym, że to kompletna głupota i trzeba zestarzeć się z godnością….ale od kiedy w okolicy moich oczu pojawiło się kilka niechcianych koleżanek-zmarszczek w mojej głowie raz za czas pojawiają się kudłate myśli o jakimś delikatnym nastrzykiwaniu się kwasem hialuronowym albo czymś w tym rodzaju:) Oczywiście wolałabym uniknąć tego typu rozwiązań choćby dlatego, że mój próg odporności na ból jest równy „0” więc może istnieje jakiś sposób, żeby bez bólu utrzymać w miarę młody wygląd skóry???

Na to pytanie ostatnimi czasy poszukiwałąm odpowiedzi w książce „Skóra pełna blasku” o przełomowej metodzie anti-aging Harolda Lancera.

lancer źródło:http://www.dailymail.co.uk/caption

 

Kilka słów o autorze. Harold Lancer to tzw. Doctor Hollywood. Okrzyknięto go ulubieńcem gwiazd filmowych bo to własnie do jego kliniki zgłaszają się znane aktorki i aktorzy (w tym Kim Kardashian i Victoria Beckham). Co ciekawe, pan Harold uważa inwazyjne zabiegi dermatologii za ostateczność  w zamian oferując „3-stopniowy domowy program pielęgnacyjny”. Chwileczkę, właściciel kliniki dermatologicznej zarabiający na laserach, liftingach i botoksie poleca domowe rozwiązania??? Dziwne ale prawdziwe:) W swojej książce opisuje przypadki, w których po kilku miesiącach domowej pielęgnacji według jego metody gwiazdy rezygnowały z planowanych zabiegów. O tej właśnie metodzie napisał książkę, o której po krótce Wam opowiem bo mnie samej cały ten program wygląda na bardzo sensowny. Na szczęście nie jest wymagane by w trakcie stosowania tej metody opierać się na produktach sygnowanych nawiskiem Lancera. Co więcej w książce znajduje się spis polskich kosmetyków odpowiedających standardom tej metody a wśród nich mój ulubiony peeling z mikrogranulkami Ziaji. Już lubię tego Pana:)

Filozofię Lancera odnośnie pielęgnacji możnaby streścić tak: skóra ma niezwykłe możliwości odnowy i regenaracji ale to nie dzieje się za pomocą jednego cudownego kremu a już na pewno nie pod wpływem laseru i igły. Droga do pięknej skóry to tryb życia a także codzienna pielęgnacja z zastosowaniem czynności i  składników, które mają za zadanie pobudzić jej własne mechanizmy odnowy. Inwazyjne zabiegi powinny stanowić ostateczność a nie początek w temacie pięknej skóry. Oto i teoria a przejdźmy do praktyki.

Najprościej mówiąc  podstawowa metoda Lancera opiera się na 3 rzeczach:

1. Złuszczaniu

2. Oczyszczaniu

3. Odżywianiu

Brzmi znajomo prawda? Właściwie zawsze gdy mówimy o pielęgnacji skóry pojawiają się te trzy elementy. Różnica w tym przypadku polega na częstotliwości wykonywania tych czynności i składników używanych do „karmienia skóry”.

Według Lancera złuszczanie powinno odbywać się 2 razy dziennie. Nie, nie 2 razy w tygodniu ale dwa razy dziennie:) W regularnym ale delikatnym złuszczaniu tkwi sekret uaktywnienia mechanizmów odnowy komórkowej dlatego delikatny peeling stał się stałym elementem mojej pielęgnacyjne rutyny. W tym przypadku ważne jest także bezwzględne włączenie do powierzchni peelingowanej skóry szyji i dekoltu by odnowa komórkowa przebiegała równomiernie.

Oczyszczanie według doktora z Hollywood to również niezwykle ważny temat. Naszym celem jest dokładne ale delikatne oczyszcanie. NIe chcemy podrażniać ani wysuszać skóry dlatego w tym przypadku ważny jest wybór idealnych składników oczyszcających. I tu nie chodzi jedynie o demakijaż ale o przygotowanie skóry do przyjęcia aktywnych składników odżywczych które nadchodzą w kroku trzecim.

Na temat odżywiania pan Lancer nieźle się rozpisał w swojej książce i zwraca uwagę nie tylko na dobór aktywnych składników adżywczych a także na technikę nakładania (masażu). Tutaj okazało się, że moje odkrycia składników atni-aging (którymi dzieliła się w poście o eliksirze młodości) są bardzo trafne więc ten etap mojej codzienej pielęgnacji pozostał bez zmian ale z większym naciskiem na masaż. Całość złuszczonej, oczyszczonej i odżywionej skóry według Lancera należy absolutnie zabezpieczyć kremem z filtrami UV, co bardzo mi się podoba bo jak pewnie wiecie jestem maniaczką wysokiej ochrony przeciwsłonecznej.

W książce poświęcono także sporo miejsca na pielęgancję skóry wrażliwej i z trądzikiem oraz na ogólne wytłumaczenie budowy i mechanizmów działających w skórze tak by dokłądnie zrozumieć taktykę wroga- czyli upływającego czasu:) Rozdziały o diecie i aktywności fizycznej dobrze dopełniają całą filozofię „młodości” a mnie podoba się podejście holistyczne czyli wygląd naszej skóry jest wypadkową naszej pielęgnacji, trybu życia, genów i odżywiania. Nie ma cudonego smarowidła, które spowolni procesy starzenia się ale jest rozwiązanie systemowe które wspomaga naturalne procesy odnowy. Jak dobrze, że regularnym ale niewielkim wysiłkiem czasowym i finansowym można uzyskać efekty które zadowalają nawet gwiazdy Hollywood:)

 

skora

Moje efekty? Od kiedy rozpoczęłam stosowanie się do tej 3-stopniowej metody w pielęgnacji twarzy i ciała (metoda Lancera w identyczny sposób można odnieść do pielęgnacji skóry całego ciała) moja skóra jest widocznie gładsza i ma bardziej wyrównany koloryt. Juz nie borykam się z przesyszeniem twarzy i suchymi skórkani na płatkach nosa. Do tego widzę poprawę w walce z wągrami i rozszerzonymi porami. Na pełne efekty pewnie będzie trzeba poczekać ale już po tych 3 miesiącach widzę, że cały ten system dobrze wpisuje się potrzeby mojej skóry. Najbardziej rewolucyjne było dla mnie odkrycie mocy codziennych peelingów i choć na początku trochę bałam się że moja delikatna i sucha skóra zwariuje okazało się że nawet ona polubiła codzienne drapanie.

Mogłabym na ten temat jeszcze długo pisać bo trudno streścić książkę mająca 250 stron w krótkim poście ale nie o to tutaj chodzi. Wszystkich ciekawskich odsyłam do przeczytania „Skóry pełnej blasku” a mniej ciekawskich zapraszam do przetestowania codziennych peelingów, oczyszczania i masażu twarzy z użyciem skoncentrowanych preparatów. Dajcie znać jak wygląda Wasza codzienna pielęgnacja :)

 

Noworoczne postanowienia:)

- Jakie masz postanowienia na Nowy Rok?- zapytała mnie znajoma na tegorocznej imprezie sylwestrowej

– hmmm chyba takie sam jak co roku czyli więcej ćwiczyć, jeść mniej słodyczy, walczyć z lenistwem, wcześniej wstawać itd.- odpowiedziałam automatycznie po czym zdałam sobie sprawę z bezsensu mojej wypowiedzi. Jak to, takie same jak co roku? Przecież tamte rzeczy powinny już być odhaczone w 2014 roku! No właśnie….porozmawiajmy o noworocznych postanowieniach:)

tegoroku

Styczeń jest ciekawym miesiącem. Liczba osób na siłowni wzrasta dwukrotnie (tutaj warto zauważyć, że wielu nowicjuszy prezentuje się na siłowni w nowych, markowych ciuchach, których metka jak mniemam ma być dodatkową motywacją do ćwiczeń:)) Znam to z autopsji i doskonale rozumiem- jak się wyda 200 zł na dres to aż szkoda go nie ubrać:)

Na ulicy przybywa nowych pasjonatów joggingu, których poznaje się po idealnej stylizacji i przystawaniu co 200 metrów by strzelić kolejną fotkę na instagram. Znów moge się z tym utożsamić. A co! Niech widzą jak dzielnie walczę o piękniejsze ciało. Jak się dostanie 100 lajków to aż żal się przyznać, że to był jednorazowy wypad.

Na kursach językowych nowe grupy pękają w szwach. Kolejny rok rokiem hiszpańskiego…tzn. od trzech lat już jest rok hiszpańskiego ale ten będzie wreszcie na poważnie. Oj znam to, znam to. Już od wielu lat obiecuję sobie, że odkurzę mój niemiecki a niezmiennie w moim słowniku pozostaje jedno popisowe zdanie z liceum: „Ja, das ist eine wunderbar Zwiebel” (tłum. tak, to jest piękna cebula).

Przykłady możnaby mnożyć w nieskończoność ale nie o to tu chodzi bym pochwaliła się moimi wszystkimi postanowieniami noworocznymi z których nic nie wyszło. W tym poście chciałabym się skupić na tym jak zrobić by postanowienia noworoczne nie kończyły się zniechęceniem 13 stycznia. Opowiem Wam o moich sposobach:)

Nie wiem czy też tak macie ale ja w życiu kieruję się zasadą „wszystko albo nic”- w przypadku postanowień noworocznych to paskudna cecha bo narzucamy sobie 10 różnych rzeczy jednocześnie. Efekt jest taki, że kiedy jedna z nich nie wypali zaraz rezygnujemy z drugiej. Poczucie porażki mówi nam, że już lepiej się nawet nie wygłupiać z trzecim postanowieniam i że lepiej poczekać rok do nowej magicznej daty 1 stycznia. Albo przez cały rok będę żyła porządnie albo się nie liczy…..czyli następna szansa na piękny rok już za rok.

Tak wyglądały moje ostatnie lata po czym postanowiłam przechytrzyć samą siebie i opracowałam plan dla opornych- czyli dla takich leniwców jak ja:)

1. Nie zaczynaj od 1 stycznia:) Szczególnie jeśli chodzi o dietę. Po sylwestrze pewnie zostało Ci w szafce sporo ciasteczek i chipsów po imprezie więc lepiej od razu być ze sobą szczerym, że dopóki szafka nie będzie pusta z diety nici- pokusa jest zbyt duża. Dlatego ja zdrową dietę zaczynam kolo 5 stycznia :)

2. Na każdy miesiąc zaplanuj tylko jedno wyzwanie. Trudno nagle wprowadzić w życie 12 nowych nawyków. Siłownia, dieta, kurs językowy, przemeblowanie, gruntowne porzadki w szafie, wcześniej wstawać, mnie kway, więcej wody, porzadki w piwnicy, odwiedziny przyjaciólki z podstawówki…. po wpisaniu tych wszystkich postanowień w kalendarz czujemy się przygnieceni ogromem zajęć więc lepiej rozplanować to w czasie na cały rok. W lutym też można zacząć ćwiczyć, a porządki najlepiej zrobić dopiero  na wiosnę jak słońce doda nam trochę energii:)

3. Zapisuj swoje postanowienia. Jak coś już jest na papierze to już jest w połowie drogi do realizacji. Zanim coś zamieścisz na liście upewnij się, że chcesz to zrobić. Zapisz tylko ograniczoną listę rzeczy- 12 na rok czyli jedna na miesiąc to dla mnie osobiście maksymalna ilość:)

Resolutions-for-2015

4. Nagradzaj się:) Kiedyś wrzucałam do słoika 5 zł za każdy trening z chodakowską- po miesiącu kupiłam sobie niezły ciuch a braku piątaka w portfelu  kilka razy w tygodniu nie zauważyłam. Tego typu nagradzanie samej siebie na mnie działa więc polecam wszystkim dla których potrzebna jest dodatkowa, materialna motywacja.

5. Chwal się innym. Kiedy wszystkim przyjaciółkom rozpowiesz, że jesteś na diecie będzie Ci zwyczajnie głupio poprosić o kawałek ciacha z bitą śmietaną. Mnie akurat w wielu sprawach pilnuje mąż, którego proszę by przypominał mi o moich ambitnych planach za każdym razem kiedy wracam do starego, kanapowego trybu:)

To już chyba tyle ze złotych rad „cioci Agi”. życzę Wam powodzenia:) Dajcie znać jakie są wasze postanowienia noworoczne i jakie macie sposoby na sukces w tej dziedzinie:)

Dekalog Swiątecznego kupowania prezentów

 

Jedną z rzeczy, które automatycznie przychodzą nam do głowy na hasło : „święta” są prezenty. Oczywiście wolałabym, żeby pierwszą myślą było coś bardziej wzniosłego np. myśl o tym czyje „urodziny” świętujemy, ale żyjemy w zwariowanym świecie konsupmcjonizmu i tego pewnie nie zmienimy.

Żeby była jasność- uwielbiam prezenty, także te pod choinką ale mam wrażenie, że sztuka „obdarowywania” trochę zanika na rzecz automatyczności w wyborze podarunków. Wymyślanie prezentów to już prawie archaiczna czynność od kiedy dostępne są wyszukiwarki prezentów: podaj płeć, wiek, zainteresowania, poziom sympatii- klik i już gotowy pomysł na prezent.

 

Można i tak. Jednak jeśli należycie do wąskiej grupy „olschoolowców”, którzy znajdują sporo przyjemności w wymyślaniu, łowieniu i pakowaniu prezentów to mam dla Was 10 przykazań jak sprawić by „prezentowanie” było przyjmne i dla obrarowującego i obdarowywanego.

 

prezenty http://www.boxwoodclippings.com/caption

 

1. Określ bliskość relacji z osobą dla której kupujesz prezent i nie przekraczaj granic dobrego wychowania. Bywa, że wpadamy w pułapkę utylitaryzmu i kupujemy niezbyt bliskim osobom bardzo prywatne rzeczy. Para skarpet dla sąsiada, bielizna korygująca dla świeżo poznanej „przyszłej teściowej”, pidżama z bałwankami dla szefa, książka o diecie Dukana dla puszystej cioci….może się udać obrócić to w żart ale jeśli dobrze kogoś nie znasz nie ryzykuj- lepiej zachować dystans i kupić czekoladki.

2. Myśl o osobie obdarowywanej a nie o swoich preferencjach. Kolejny błąd który często zdarza się popełniać (przynajmniej mnie osobiście:)) to kupowanie innym tego, co sami chcielibyśmy dostać. O ile osoba obdarowywana jest do nas podobna- świetny pomysł. Jeżeli nie może się poczuć, że wtłaczamy ją w swoje buty. Jeśli wiem, że ktoś nie lubi się malować nie będę kupować zestawu pędzli żeby ją „zmotywować” do malowania. Tak samo panowie!!! Apeluję, nie kupujcie swoim żonom  wiertarki o której marzycie tylko dlatego że prosiła o wywiercenie kilku dziur w ścianie na ramki ze zdjęciami.

3. Określ odpowiednią cenę prezentu. Zdarza się, że tak bardzo chcemy zrobić na kimś wrażenie, że kupujemy zbyt drogie prezenty. Kończy się to niezręcznie kiedy okazuje się, że jedna osoba kupiła coś za 300 zł a druga w zamian dostaje coś za 30 zł. Jeśli nie jesteśmy z kimś w bliskich relacjach lepiej nie przesadzić ani w jedną ani w drugą stronę choć osobiście twierdzę, że lepiej w tych przypadkach kupić coś co nie ujawnia bezpośrednio ceny. Trudno jest ocenić cenę bransoletki, apaszki, wina i wielu podobnych:)

4. Pomyśl o opakowaniu. Osobiście zawsze mam dylemat- otworzyć czy nie otworzyć? Czasami opakowanie prezentu już sprawia mi tyle radości że aż żal je niszczyć:) W przypadku prezentów uważam, że opakowanie uwidacznia serce człowieka i potrafi ucieszyć tak samo jak właściwa zawartość. Warto by było pomysłowe i przemyślane- pierwszą lepszą torebkę z Mikołajem na sankach może kupić każdy w pierwszym lepszym markecie więc warto wyrazić komuś swoje uczucia także poprzez zaangażowanie włożone w samo pakowanie. Genialne pomysły na opakowania możesz znaleźć tu: http://liagriffith.com/chalkboard-christmas-gift-tags-labels/

photo Christmas tags http://eighteen25.blogspot.com/caption

 

5. Nie kupuj dzień przed Wigilją. Niestety wybranie i znalezienie prezentów idealnych często wymaga czasu. Kupując w ostatniej chwili ryzykujemy, że  jeśli nie znajdziemy tego o czym pierwotnie myśleliśmy będziemy zmuszeni by kupić coś „na zapchaj dziurę”. Warto dać sobie czas na przemyślenie i porównanie kilku opcji bez pośpiechu i presji czasu.

6. Badź pomysłowy. Dobrym pomysłem przy wyborze prezentu jest skupienie się na pasjach danej osoby. Pokazuje to, że jesteśmy osobiście zaangażowani w dobór najodpowiedniejszego podarunku i zależy nam na indywidualnym podejściu do sprawy. Miło jest dostać coś, co pokazuje, że ktoś się nami interesuje i śledzi na bieżąco nasze nowe zajawki.

7. Obserwuj wcześniej. Nie wiem jak Wy, ale ja często wyrażam głośno swoją „wish listę”. Przynajmniej mam takie wrażenie, że mój mąż totalnie nie powinien mieć problemu z kupieniem mi prezentu bo  ciągle mówię o czymś co chciałabym mieć:) Nie zawsze jest jednak tak łatwo że ktoś werbalizuje swoje marzenia więc warto poczynić pewne obserwacje już kilka tygodni/miesięcy przed Świętami. Obserwuj i zapisuj jeśli zauważysz, że ktoś dał Ci jakieś podpowiedzi odnośnie tego co może go ucieszyć.

8. Nie zdradzaj tajemnicy! To chyba najgorsza część obdarowywania:) czasami tak bardzo cieszę się, że udało mi się coś upolować, że z tej wilekiej radości…..puszczę parę z ust i się wygadam. Niby prezent wspaniały ale za to ekscytacja przy odpakowywaniu wyparowała.

9. Dołącz liścik lub kartkę. O tym punkcie sama często zapominam a doskonale wiem jak wiele radości sprawia mi czytanie liścików i kartek z życzeniami. To dodatkowy wyraz zaangażowania w obdarowywanie. Mówi o tym, że ktoś własnoręcznie wypisał liścik….własnoręcznie- to robi wrażenie w świecie, gdzie wszystko pisze się na komputerze. W liściku możesz napisać tylko „Wesołych Świąt” ale czy nie lepiej znaleźć ciekawą myśl, wierszyk, sentencję by pokazać że o kimś myślisz i Ci zależy?

ChristmasGiftTagsLabels1 http://liagriffith.com/caption

 

10. Nigdy nie okazuj niezadowolenia z prezentu. Jeśli zdarzy Ci się sytuacja, że ktoś nie przeczytał mojego wspaniałego posta:) i kupił Ci nietrafiony i niefajny prezent zachowaj twarz. Zazwyczaj ludzie mają dobre intencje kupując Ci prezenty więc nie kamienuj nikogo, tylko dlatego że nie dostałaś tego o czym marzysz- doceń gest, podziękuj i nie chowaj urazy. Jesteśmy tylko ludźmi i czasem się mylimy więc bądźmy dla siebie wyrozumiali…chociaż w ŚWIĘTA:)

 

Jeśli ciągle nie masz pomysłu na prezenty zapraszam do obejrzenia filmiku z moimi pomysłami na prezenty dla KOBIET:)

 

 

 

Perfekcyjne czerwone usta krok po kroku

Już niedługo Święta, czyli czas kiedy wiele z nas „założy” czerwone usta.
Czerwone usta maja jedną główną zaletę przy zastawionym stole….chcąc dbać o makijaż nie będziemy za mocno się nażerać. Przynajmniej ja przez szminkę przestaję podjadać między 12 daniami ;) żeby zbyt często nie znikać w łazience w niewyjaśnionym celu, a wracać z odświeżonymi ustami.

Chcesz wiedziec jak wykonać perfekcyjne i trwałe czerwone usta???

Zapraszam do obejrzenia tutorialu.

 

 

 

Kosmtyki użyte do makijażu:
– pomadka peelingująca Sylveco
– baza pod szminkę MAC Prep&Prime
– kontrówka Inglot 58
– szminka MAC Russian Red

Pędzle ZOEVA

  • zoevakit

MIja pół roku od kiedy stałam się szczęśliwą posiadaczką kompletu 15 pędzli marki ZOEVA.

Przyznaję, że moje pędzle mają ze mną ciężkie życie. Częste pranie, używanie farbek typu SupraColor i suszenie suszarką (wiem, że to zbrodnia ale czasami zdarza mi się w pośpiechu dosuszać pędzle w trybie ekspresowym) to codzienność  dlatego nie wszystkie wytrzymują takie tempo pracy. Od zawsze moimi faworytami były pancerne pędzle Real Techniques, które wytrzymują wszystko i bezproblemowo się piorą. Od niedawna do grona ulubieńców dołączyły właśnie one- pędzle ZOEVA.

Marka ZOEVA postwała kilka lat temu w Niemczech. Początkowo w ofercie znajodwały się jedynie pędzle ale po czasie do rodziny marki Zoeva dołączyły inne kosmetyki kolorowe. Sukces pędzli był niemal natychmiastowy a firma stała się popularna w całej Europie.

Dlaczego? Chyba właśnie dlatego że ich pędzle jakością daleko nie odbiegają od amerykanskiej Sigmy a cenowo są bardziej dopasowane do możliwości polskiego konsumenta.

Pędzle Zoeva cechuje bardzo dokładne wykonanie. Włosie charakteryzuje się bardzo dobrą jakością, nie odkształca się, nie wypada i nie odbarwia się przy zetknięciu z „ciężkimi” kolorami. Niezbyt długie trzonki świetnie trzyma się w dłoni. Pędzle mają czarne raczki o połyskliwej teksturze co pozwala szybko wypolerować je z odcisków po podkładzie i innych kremowych kosmetykach. Każdy pędzel oprócz oznaczenia cyfrowego ma także opis przeznaczenia, co ułatiwa sprawę początkującym adeptom sztuki makijażu bo na pędzlu widnieje podpowiedź do czego został stworzony. Do kompletu pędzli dodano płaską kosmetyczkę z imitacji skóry w której najbardziej podoba mi się różowa podszewka:)

Zacznijmy więc po kolei recenzować każdy z moich 15 pędzli żeby przekonać się co w nich takiego wspaniałego:)

Zacznijmy od najminejszego czyli pędzelka do eyelinera ze „złamaną główką”

Zoeva315ZOEVA 315 – Fine liner- ten nylonowy pędzelek ułatwia zrobienie idelnej kreski. Zagięta główka pozwala na „położenie” pędzelka na linii rzęs przez co umożliwia stworzenie naprwdę cieniutkich kresek. NIe za chudy, nie za gruby, świetnie się pierze nawet z wodoodpornych linerów. Dla wszystkich miłośników tego kształtu pędzelka- doskonały
 
 

Zoeva317

ZOEVA 317- wing liner – syntetyczny pędzelek do eyelinera, nie wygina się i nie puszy przez co rysuje ładne kreski. Nieco większy i grubszy od Hakuro H85 który jest moim ulubionym ściętym pędzelkiem. Jak dla mnie dobry aczkolwiek minimalnie za gruby przez co używam go głównie do brwi.
 

 

zoeva322ZOEVA 322- Brow line- pędzelek do brwi, dość szeroki, sztywny o krótkim włosiu pozwala na wyrysowanie bardzo zdefiniowanej linii brwi; u mnie sprawdza się także jako precyzyjny pędzelek do malowania dolnej powieki, dobrze się myje choć przez swoją niestandardową szerokość wymaga przestawienia się.

 

Zoeva235ZOEVA 235- Contour Shader – syntetyczny, ścięty pędzel do cieni; z założenia ma służyć do cieniowania zagłębienia powieki choć dla mnie do tego celu ma zbyt mało „rozczapirzone” włosie. U mnie służy do nakłaania cieni i wstępnego etapu blendowania krawędzi cieni

 

 

zoeva234ZOEVA 234- Smoky Shader- oznaczenie tego pędzla jest trochę mylące bo według mnie to klasyczny, języczkowy pędzel do nakładania cieni a nie blendowania.  Ma doskonałą wielkość do pracy na powiece. Łatwo sie pierze choć w tym przypadku jest to pędzel z włosia naturalnego.

 

 

zoeva223ZOEVA 223- Petit Eye Blender czyli mały syntetyczny pencil brush do punktowego rozcierania cieni i podkreślania załamania powieki. Wielkością przypomina mój ulubiony Hakuro H 78 ale w stosunku do Hakuro ma bardziej sztywne i zbite włosie czyli mojego ulubionego pencil brusha nie przebił:)

 

zoeva227ZOEVA 227- Soft Definer- odpowiednik legendarnego pędzla MAC 217.NIemal identyczny pod względem wielkości, kształtu i struktury włosia; doskonalne cieniuje zaglębienie powieki, blenduje a nawet nakłada cienie czyli pędzelek wielozadaniowy

 
 

 

Zoeva228ZOEVA 228 Crease- delikatny i niezwykle miękki pędzelek o dość długim włosiu do delikatnego rozcierania. Zaokrąglony koniec ułatwia rozcieranie cieni w załamaniu powieki. Idealny do tworzenia tzw. lekkiej mgielki czyli ostatecznego etapu blendowania cieni.

 

 

Zoeva231ZOEVA 231 Petit Crease- pędzelek z wyostrzonym końcem do modelowania zaglębienia powieki.  To pędzelek który ja osobiście stusuje najrzadziej z całego zestawu bo według mnie jest zbyt gęsty do rozcierania i zbyt duży do punkowego nakładania cieni. Możliwe że po prostu nie znalazłam jeszcze dla niego idealnego zastosowania:)

 

 

Zoeva142ZOEVA 142 Concealer Buffer- syntetyczny, kuleczkowy pędzel do korektora. U mnie idealnie sparwdza się do korektora pod oczy. Świetnie rozciera kremowe konsystencje (także cienie w kremie) i łatwo sie myje. NIemal identyczny odpowiednik pędzla kuleczkowego z linni fioletowej Real Techniques.

 
 

 

Zoeva1102ZOEVA 110 Face Shape- syntetyczny pędzel kuleczkowy do modelowania kształtu twarzy. U mnie doskonale nadaje się do konturowania na mokro a czasami nawet do nakładania podkładu

 
 

 

Zoeva102 ZOEVA 102- Silk Finish- syntetyczny pędzel o kuleczkowym kształcie do nakładania i rozcierania podkładu. Jego zbita tekstura umożliwia także aplikację kosmetyków mineralnych. U mnie niezastąpiony w aplikacji podkładu i kremowego różu

 

 

ZOEVA 104 Buffer- synetetyczny pędzel typu flat top do nakładania i wmasowywania podkładu. Miłe w dotyku, zbite a przy tym elastyczne włosie dobrze nadaje się do aplikacji kryjących, płynnych podkładów. Dla mnie osobiście trochę za duży aczkolwiek wciąż używany :)

 

 

Zoeva128ZOEVA 128 Cream Cheek- ścięty, syntetyczny pędzel do różu. Sprawdza się do nakładania różu w kamieniu oraz do konturowania bronzerem. Idealna wielkość włosia pozwala wykonturować nawet małą twarz a miłe w dotyku włosie idealnie się czyści

 

 

pedzeldopudruZOEVA 106 Powder- duży, miękki, puchaty pędzel do pudru. NIezwykle delikatny a przy tym gęsty i wytrzymały. NIe odkształca się i nie puszy. Ładnie zachowuje swój kształ i omiata twarz mgiełką pudru. Stworzyny do lekkich, drobno zmielonych pudrów wykańczających makijaż

 

 

Piękne w tych pędzlach jest to, że po 6 miesiącach intensywnego używania wciąż wyglądają jak nowe. Nie tracą włosków i nie wymagają przycinania niesfornych krawędzi. Włosie pięknie się układa po każdym praniu,  a klej nie odbarwia włosia przy nasadzie jak dzieje sie to w przypadku pędzli innych marek ( w pędzlach Hakuro włosie odbarwia się na zielono w białych pędzelkach już po kilku użyciach). Ogólnie jestem z nich bardzo, ale to bardzo zadowolona i aktualnie planuję zakup kolejnych sztuk by poszerzyć moja kolekcję. A jakie jest Wasze zdanie na temat pędzli Zoeva?

Makijaż brąz i turkus

Jesień….szaro…buro…brązowo…

Pora coś zmienić!

na bloga

 

 

Przedstawiam Wam mój sposób na noszenie brązów. Nieco ekstrawagancki aczkolwiek wciąż nadający się na codzień. Brązy nie muszą być nudne, wystarczy tylko dotknięcie koloru i nuda odczarowana!

 

 

Kosmetyki użyte do makijażu:

baza- Smashbox Colour Correcting base

podkład- Illamasqua Skin Base 05

korektor pod oczy- MAC ProLongwear concealer NW 20, YSL Touche Eclat 1,5

puder- MAC Studio Finish NC20

bronzer- Benefit Hoola

rozświetlacz- The Balm Mary Louminizer

brwi- Benefit Gimmie Brow

usta- Catrice 190

cienie do oczu- MAC crushed clove, deception, brun, black tied

turkus- Inglot 71 (pigment)

eyeliner- Oriflame eye liner The One

biała kredka- Max Factor

tusz- Oriflame Wonder Lash Mascara

Pędzelki użyte do cieniowania oka- Hakuro H78, H79,H77, Real Techniques Accent Brush

 

 

 

W nowym numerze Magazynu e-makeupownia opublikowano moje dwie prace wraz z moim krótkim tekstem o tym jak wydobyć z jednego makijażu dwa odmienne oblicza. Zapraszam do lektury całego magazynu a szczególnie 24 i 25 strony:)

A już niedługo informację o kolejnych moich publikacjach więc będę informować na bieżąco gdzie można mnie „zobaczyć” i „przeczytać”.

 

Czy istnieje eliksir młodości?

Podobno usmiech nic nie kosztuje a daje więcej światła niż elektryczność…..

Brzmi poetycko ale niestety mój uśmiech sporo mnie ostatnio kosztował.

Pewnego pochmurnego ranka postanowiłam być dla siebie samej dobra i miła. Zaczełam od porannego szerokiego uśmiechu do zaspanej babki w łazienkowym lustrze …..i szybko pożałowałam tego dnia dobroci. Nie wiem skąd się wzięło tyle nowych zmarszczek przy moich oczach i na czole ale na pewno był to jakiś przekręt kosmitów albo wina globalnego ocieplenia, tak czy inaczej pojawiły się niespodziewanie i już zostały.

zmarszczki

Wtedy też postanowiłam przygotować zmasowany atak na wszystkich liniach fronu i wreszcie ustawić moja pielęgnację tak, by zawierała wszystkie wrinkle-killery jakie zna współczesna nauka.

 

Uwaga! Dla dobra naszej wolnej od zmarszczek cery postaram się pisać na serio, bez niepotrzebnych żarcików co by żadna z nas czytając o zwalczaniu zmarszczek przypadkiem się jakieś nie nabawiła:)

Trzeba przyznać, że można mieć w głowie niemałe zamieszanie stojąc przed półką z kremami. Co kilka miesięcy „amerykańscy naukowcy” (notabene to dziwne że nikt już nie czuje się w obowiązku przytoczyć ich nazwisk i centrum badawczego dla którego pracują tak jakby sam termin „amerykańscy naukowcy” był już wystaczająco godny zaufania) odkrywają nowy, cudowny kosmetyk anti-aging. W trakcie mojego studiowania tematu ciągle jednak pojawiały się te same skadniki, te same nazwy więc mój umysł Sherlocka Holmesa podpowiada mi, że coś w nich musi być:)

Przedstawię więc krótko najbardziej skuteczne substancje przeciwdziałające oznakom starzenia a o pełnych efektach mojej kuracji opowiem za kilka miesięcy, żeby zebrać wystarczający materiał dowodowy.

FILTRY UVA i UVB

Większość tego co nazywamy starzeniem skóry jest raczej foto-starzeniem, czyli reakcją skóry na szkodliwe działanie promieniowania utrafioletowego. Czytałam niedawno o ciekawych badaniach (znowu gdzieś w ameryce;)), które pokazywały, że to nie ilość zmarszczek determinowała w głównej mierze to, że ktoś był postrzegany jako stary ale przebarwienia posłoneczne. Promieniowanie UVA powoduje przebarwienia, aktywuje w skórze proces powstawania wolnych rodników, sprawia że skóra staje się mniej elastyczna przy jednoczesnym zaburzeniu prawidłowego złuszczania warstwy wierzchniej naskórka. Jednym słowem mówiąc- słońce skutecznie zabiera nam młodość skóry. Dlatego też na pierwszym miejscu w mojej pielęgnacji antystarzeniowej stawiam na filtry i to nie jakieś symboliczne typu SPF 6 ale na porządną przeciwsłoneczną ochronę powyżej SPF 30. Podstawą sukcesu jest prewencja- czyli filtry na dzień przez 365 dni w roku.

sundamagge

 

NAWIlŻACZE

Każdy krem nawilżający możnaby nazwać przeciwzmarszczkowym ponieważ nawilżanie samo w sobie hamuje proces powstawania zmarszczek. Dobrze nawilżona skóra jest mniej podatna na szkodliwe wpływy zanieczyszczeń a także na urazy mechaniczne. Wśród składników nawilżających znajdziemy takie, które wiążą wodę w skórze działając jak podskórna gąbka, jak również te, które tworzą na powierzchni skóry nieprzepuszczalną powłokę utrzymującą wilogoć wewnątrz skóry. Wśród najpopulaniejszych można wymienić kwas hialuronowy, pantenol, alantoina, kolagen, kwas mlekowy, gliceryna, oleje (w tym mój ulubiony olej kokosowy i z awokado) substancje na bazie silikonów oraz woski stałe i ciekłe.  Bez względu na to który składnik wybierzemy lub mówiąc dokładniej- wbierze nasza skóra warto pamiętać o conajmniej dwukrotnej aplikacji „nawilżacza” w ciągu doby.

 

PEPTYDY

Peptydy to krótkie łańcuchy aminokwasów. Poprzez swoją budowę polegającą na mikro cząsteczkach peptydy mają zdolność głębokiego wnikania w skórę, gdzie pełnią rolę nośnika informacji oraz wspomagają syntezę kolagenu w fibroblastach.

Ze względu na swoje funkcje peptydy dzielimy na

-aminopeptydy czyli peptydy stymulujące produkcję kolagenu i elastyny; wnikając w komórki skóry dają im bodziec do intensywnej regeneracji

-peptydy transportowe- mają zdolność łączenia się z innymi składnikami np. miedzią dzięki czemu wspomagają odbudowywanie zniszczonych tkanek przez co mają zdolność redukcji zmarszczek i rozstepów

-neuropeptydy- peptydy rozkurczające mające na celu rozprasowanie skóry, ich efekt w małym stopniu można przyrównać do działania botoksu

Krótko mówiąc peptydy to laboratoryjnie wytwarzani mali agenci do przenikania w komórki skóry gdzie w języku zrozumiałym dla skóry komunikują informację- proszę ładnie wytwarzać kolagen i tak mocno się nie kurczyć żeby nie powodować mikrozmarszczek. Przynajmniej ja tak właśnie rozumiem ich działanie:)

RETINOL

Retionl to właściwie dobrze znana Witamina A. Jest składnikiem którego przeciwzmarszczkowe działanie zostało wielokrotnie przebadane bo cieszy się już ponad 40letnią karierą w kosmetykach anti-aging. Retinol jest antyoksydantem czyli walczy z wolnymi rodnikami, opóźnia procesy starzenia i wspomaga produkcję kolagenu dodatkowo stymuluje odnowę komórek skórnych i sprawia, że nasz naskórek staje sie grubszy przez powstawanie większej liczby fibroblastów (komórek gdzie powstaje kolagen). W kosmetykach występują również pochodne witaminy A czyli retinoidy przy czym ich działanie określa się głównie jako wygładzające i rozjaśniające przebarwienia posłoneczne i powstałe w wyniku zmian hormonalnych.

Jednym słowem retinol (przy odpowiednio wysokim stężeniu) działa głęboko w skórze dając jej kopa do regeneracji i produkcji zdrowych i silnych komórek skórnych przy jednoczesnym działaniu likwidującym komórki nieprawidłowe. Jednakże, retinol przez swoje intensywne działanie może powodować u niektórych osób podrażnienia dlatego zaleca się powolne przyzwyczajanie skóry do produktów z retinolem np. przez aplikację co trzeci, potem co drugi dzień a dopiero później codziennie. Używanie kosmetyków z retinolem jest również obarczone obowiązkiem wysokiej ochrony przeciwsłonecznej czyli SPF30 lub więcej ale jestem pewna, że o tym nie muszę przypominać bo i tak każda taką ochronę stosuje zawsze;)

ANTYOKSYDANTY

To przeciwutleniacze zwalczające wolne rodniki. Ale co tosą wolne rodniki, skąd się biorą i czemu ich wszyscy nie lubią?

Wolne rodniki to uszkodzone atomy albo cząsteczki o wysokiej reaktywności, którym brakuje jednego elektronu. Kradną więc ten elektron z innych komórek powodując ich uszkodzenie. W kontekście skóry niszczą głównie ceramidy czyli cement międzykomórkowy przez co powodują utratę wody. Dodatkowo niszczą włókna koleganu i elastyny, zaburzają odnowę komórkową skóry przez co niszczą jej strukturę. Antyoksydanty zatem tropią i likwidują owych „łobuzów” przez co nasza skóra nie zostaje zniszczona, osłabiona i pozbawiona zdrowych komórek.  Najczęściej spotykane w kosmetyce antyoksydanty to: witamina C, witamina E, koenzym Q10, kwas ferulowy, kwas liponowy oraz roślinne ekstrakty bogate w polifenole i flawonoidy z: soi, zielonej herbaty, pestek winogron, ostropestu plamistego (sylimaryna), owoców cytrusowych, rozmarynu, miłorząbu japońskiego, kory sosny śródziemnomorskiej (pine bark).
I tutaj znowu warto wspomnieć (ach jaka ja jestem nudna), że głównym produktorem wolnych rodników w naszej skórze jest promieniowane słoneczne. Czyli im wyższy filtr UVA i UVB tym mniej wolnych rodników w naszej skórze a tym samym mniej zniszczeń:)

EKSFOLIANTY

Dlaczego potrzebujemy złuszczać naszą skórę? Głównie dlatego, że poprzez działanie promieni słonecznych nasza skóra staje się patologicznie gruba. Martwe komórki naskórka zalegają na wierzchniej warstwie przez co odżywcze składniki które na nią nakładamy zostają zatrzymane i nie docierają w głębsze partie skóry. Peelingi chemiczne do których zaliczamy kwasy AHA (Alpha Hydroxy Acid) i BETA (Beta Hydroxy Acid) rozpuszczają nagromadzone, martwe komórki skóry pomagając wydostać się na zewnątrz tym zdrowym. Do widocznych gołym okiem efektów tego typu eksfoliantów zaliczamy wygładzenie i rozjaśnienie skóry przy jednoczesnym pozbyciu się szarej i zmęczonej cery. Dowiedziono także, że kwasy AHA stymulują także odnowę włókien kolagenowych zaś kwasy BHA mają zdolność eksfoliacji nawet wewnątrz porów skóry przez co skóra oczyszcza się od wewnątrz. W domowych warunkach i w codziennej pielegnacji bezpieczne stężenie kwasów AHA to 10% a w przypadku kwasów BHA 1-2 %.

 

Tak wygląda teoria składników dobroczynnych dla naszej skóry w kontekście ochrony przeciwstarzeniowej. Ale czy wystarczyłoby zmieszać je wszystkie ze sobą żeby uzyskać eliksir młodości?

Niestety recepta na młodośc jest bardziej skomplikowana. Nie każdy z wyżej wymienionych składników „lubi się” z resztą i nie każdy jest stabilny (dlatego np. kosmetyki z retinolem powinny być przechowywane w opakowaniach nieprzepuszczających światło i z ograniczonym dopływem powietrza). Drogą do sukcesu jest także odpowiednie stężenie danego składnika przy jednoczesnym stworzeniu idealnego połączenia ze składnikami współpracującymi.

Wielokrotnie spotkałam się z osobami aplikującymi np. tylko witaminę C w czystej postaci uważając że to kompletne działanie anti-aging. Niestety okazuje się, że najlepsze efekty daje stosowanie KOKTAJLI złożonych z odpowiednich proporcji substancji aktywnych.

Czy znalazłam jeden krem który załawiałby całą sprawę za jednym zamachem??? NIe, to niestety niemożliwe dlatego drogie Panie rozwiązanie jest jedno- musimy stosować kilka produktów o różnorodnym składzie jednocześnie.

Po wielotygodniowych badaniach tego tematu moja pielęgnacja-prewencja antyzmarszczkowa uzyskała nastepujący kształt:

1. Rano na oczyszczoną twarz stosuję

– serum Skin Balancing Super Antioxidant Concentrate z kokajlem atyoksydantów i retinolem z firmy Paula’s Choice

– Krem nawilżający z kwasem hialuronowym i filtrem UV La Roche Posay

2. Wieczorem na oczyszczoną skórę nakładam

– żel z kwasem BHA 2% Paula’s Choice (czasami nakładam go także rano zamiast serum)

– krem wodny It’s Skin WR effector z peptydami

– olej kokosowy dla ochrony lipidowej naskórka

Oprócz tego dwa razy w tygodniu maseczka i codzienny masaż szczoteczką i żelem do mycia twarzy Cetaphil.

Tak wygląda moja przeciwstarzeniowa kuracja. Teraz tylko czekam na efekty, o których oczywiście na bieżąco będę was informować:) W kwestii zmarszczek lepiej zapobiegać niż leczyć więc jesli tak jak ja zbliżasz się już powoli do 30stki to może warto o tym pomyśleć?:)

 

 

 

 

 

 

Powrót saszetek nerek?

dirty_bloguje

Przez kilka ostatnich miesięcy prowadziłam wewnętrzny spór o nerki.

Cześć mnie była w opozycji bo tego typu widoki najczęściej oglądałam na targowisku, przy którym mam nieszczęście mieszkać, a druga część mnie wlepiała wzrok za każdym razem gdy mijał mnie ktoś z kolorowym cudeńkiem na biodrach.

Przeciwko nerkom była też moja przeszłość. Doskonale pamiętam saszetkę – nerkę mojego starszego brata…..granatowa, 100% poliestru z nadrukiem, który zapewne kiedyś coś przedstawiał, ale to coś nie było już możliwe do zidentyfikowania…

Oto i moje wspomnienia z dzieciństwa czyli kolorowych lat 90-tych, myślę, że osoby urodzone przed 1990 doskonale mnie rozumieją a może mają podobną traumę:)

Wracając do tematu. Gdy pierwszy raz kilka miesiecy temu zobaczyłam dziewczynę z nerką pomyślałam, że to nie może być prawdą i chyba mam zwidy….a jednak. Potem kolejne i kolejne osoby z nerkami „na wierzchu” i sama zaczęłam się zastanawiać… czy może i ja taką chcę:)

nerka2

 

Wrodzony gadżeciaryzm wygrał i niedawno stałam się posiadaczką moich pierwszych dwóch nerek, ale już publicznie zapowiadam- będzie więcej. Moje nerki zakupiłam drogą internetową z manufaktury Mięta bo nie mogłam sie oprzeć ich urokowi- design pierwsza klasa a do tego porzadne wykonanie.

nerkimieta2

Czarną (cena 120 zł) z błyszczącej skóry noszę i na sportowo i na elegancko do koszuli i lakierowanych GEOXów.  Na sportowo też się świetnie sprawdza bo nie rzuca się kolorystycznie w oczy. Do środka mieści się to co najważniejsze- komórka, portfel, kluczyki do auta i błyszczyk:)

nerka3

 

Kolorową, z aplikacją z turkusowej EKOskóry noszę do dresików i kolorowych bluz z kaptyrem na jesienne spacerki na luzie. Jak dobrze mieć na spacerze wolne ramię, przynajmniej nic nie obija się o mojego męża:)

nerkimieta

Będzie ich więcej dlatego, że zatarłam już złe wspomnienia z dzieciństwa a do tego znalazłam kilka bardzo praktycznych zastosowan nerki w moim zawodzie.

Od kiedy mam te cudeńka już nie stoję w trakcie sesji zdjęciowych jak sierota z pedzlami, pudrem i szminką w jednej ręce, gdzie wszystko wypada i turla się po podłodze.

Poza tym w trakcie ostatniego nocnego wyjścia na miasto zdałam sobie sprawę, że ten cudowny wynalazek rozwiązał mój problem pilnowania torebki i mienia na oku komórki.

Zastosowań jest oczywiście dużo dużo więcej a sama miłość do tego typu akcesoriów- sprawą indywidualną. Moim zdaniem jest to świetna alternatywa dla małych torebeczek. których ja osobiście nienawidzę bo nie trzymają mi się na ramieniu a nie mam cierpliwości nosić ich w ręce.

No nic, pora uciekać na miasto załatwić kilka spraw więc kończę pisanie, cykam fotę z dzisiejszym ałtfitem i życzę Wam miłego dnia:)

nerka1

 

Acha, zapomniałam dodać, że nie jest to post sponsorowany:) Nerki zakupiłam z własnych funduszy a zdjęcia ze strony Mięty wkleiłam za pozwoleniem właścicielki:)

1 2 3